Nie mam o czym pisać, nie mam o czym pisać, najchętniej zamknąłbym tego bloga, bo stałem się nudny i wracam ciągle do tematów dawno ominiętych, w których to zresztą też na nowo koła nie wymyśliłem, ograniczając się do pierdów ogólnoprzyjętych, na które wpaść może pierwszy lepszy koleś, zajmujący się niby to filozofią, a wrzeczywistości pseudonaukowym bełkotem, ale mający za to o sobie zajebiste mniemanie, nieprawdziwie zresztą wykreowane w jego umyśle i do tego utwierdzane w nim przez durnych, wywodzących się z proletariatu rodziców, dla których ktoś używający, choćby nieprawidłowo, mądrych wyrazów, jest od razu Bogiem, należącym do wykształciuchów, więc taki koleś, może pozwolić sobie na wiele więcej niż ja, jeżeli tylko potrafi zdzierżyć takie długie zdania jak to. Uff. Naprodukowałem się tu próbując pokazać mistrzostwo jednozdaniowej formy godne profesora S., ale tylu niezrozumiałych kontekstów w jednej wypowiedzi, co on nie potrafię zamieścić. Póki co zajmuję się guglowaniem co trudniejszych słów wynajdywanych na blogach łże - intelektualistów, rozszerzam więc swoje horyzonty jak na polonistę (przyszłego lub niedoszłego) przystało. Jako, że (odkąd jestem na tej pierdolonej polonistyce, to tym bardziej nie wiem, gdzie ja mam właściwie postawić przecinek, przyczyniam się do upadku języka polskiego, którego powinienem strzec, a jestem zbyt leniwy, by się dokształcać w regułkach) piszę na laptopie, na którym średnio co piętnaście minut pada internet lub gaśnie matryca, to nawet się nie przykładam do tej notki, bo wiem, że i tak nie wyrzygam z siebie niczego godnego czytania, a jeżeli będę próbował i któraś z tych dwóch przypadłości dotknie tego hipernowoczesnego sprzętu po raz kolejny, to będę tylko kurwił, wolę sobie oszczędzić. Ogólnie powinienem wygrzebać jakiś swój stary, gówniany pseudowiersz i pod jego publikacją skrywać swoje lenistwo, pozując na wrażliwego marzyciela wyrywającego emo-dupy, które są tak brzydkie, że same się garną na twój garnuszek i nadziewają na penisa, bylebyś chciał z nimi chodzić, dzisiejsze czasy pełne są desperacji. Gdybym był cwany, to bym chociaż przepisał jakiś interesujący fragment cudzej książki, najlepiej po angielsku, to połowa czytelników nie zrozumie, a ja zostanę uznany za oczytanego. Pobawiłbym się w jakieś “Forum”, czy inną “Angorę”, powybierał cudze teksty z blogów, ale nie chce mi się do nich pisać o pozwolenie na publikacje, niby jakieś prawa autorskie chroniące wartość rzekomo intelektualną jeszcze w internecie są respektowane. A nuż ktoś megalomańsko gugluje sam siebie jak ja i Hank Moody i wpisze fragment swojego dziełka, a tu mu bach, wsykoczy arturjablonski.wordpress.com i chuj, pójdę siedzieć za kradzież w jednej celi z pederastami, ponoć były jakieś plany ścigania polskim prawem bloggerów, jeszcze się te pomysły od kaczek ciągną i cyrkuluują w powietrzu jak smród w niewietrzonych pomieszczeniach. To byłby lans, być pierwszym z więźniów pseudopolitycznych, dobrze, że papa dżejpitu nie jest jeszcze obiektem kultu religijnego, bo gdyby się odpowiednio subito z sante subito, to bym polazł za kraty już wcześniej, za dziwne tabletki i publikowany tutaj tekst z okazji jego śmierci. Byłem wtedy taki perfidny, jestem z siebie do dziś dumny, od trzech lat jem tylko kremówki, hehehe. Megalomańsko wykopałem wtedy sam siebie na wykop.pl i cieszyłem się z ćwoków nierozumiejących przekazu prostego tekstu, który satyrą na opak ociekał aż nie nadążało się ze zlizywaniem. Tekst cienki, ale ratowała go idea. Nie mam o czym pisać, nie mam tematu, muszę pisać o sobie, by rozciągnąć tekst na tyle, by z racji swojej długości zniechęcił potencjalnego czytelnika. Mogę napisać, że byłem dziś na konkursie wędkarskim i nazbierałem we łbie od wujka sędziego masę niepotrzebnych przepisów, za to przynajmniej wpieprzyłem darmowy obiad z cateringu, na który składała się surówka, ziemniaczki i schabowy wielkości podeszwy mojego buta, słowo, mierzyłem. Zawody śmieszne same w sobie, ale przynajmniej wjebałem się na zbiorową fotkę, będę w gazecie, a to przecież ambicja lwiej części polskiej społeczności, choćby ich tam mieli umieścić w rubryce towarzyskiej dla samotnych gejów, to grunt, że ich ryje zachowają się na wieczność w Rocznikach danego szmatławca, nie wszystkich stać na portret trumienny. Kończę na dziś, bo mi się udzielił chory styl pisania jednej koleżanki,
Wasz ZoltaR